Samotne podróżowanie bywa mylone z ucieczką – od obowiązków, od ludzi, od rutyny. Tymczasem często bliżej mu do powrotu do samego siebie. Pierwszy raz, kiedy kupujesz bilet tylko dla jednej osoby, w twojej głowie miesza się ekscytacja z lekkim lękiem. Zastanawiasz się, czy nie będziesz czuł się dziwnie przy kolacji w restauracji, czy ktoś nie będzie na ciebie patrzył z ukosa, gdy zamówisz stolik „dla jednego”. Okazuje się jednak, że większość ludzi jest zbyt zajęta własnym życiem, by w ogóle zwrócić na ciebie uwagę – i właśnie w tej lekkości tkwi ogromna wolność. Pierwsze dni samotnej podróży są jak test twojej zaradności. Sam decydujesz, gdzie pójdziesz, ile czasu spędzisz w muzeum, czy zatrzymasz się na chwilę w małej kawiarni, czy przejdziesz obojętnie. Nie masz nikogo, z kim musisz uzgadniać plan dnia, nikogo, kto nie lubi wstawać wcześnie rano albo woli wieczorne życie od poranków. Wszystko zależy od ciebie. Równocześnie każda decyzja ciąży bardziej, bo nie możesz zrzucić odpowiedzialności na nikogo innego. Uczysz się więc wsłuchiwać w swoje potrzeby, zamiast dopasowywać się do oczekiwań grupy. W pewnym momencie przychodzi też chęć dzielenia się tym, co przeżywasz – ale na własnych zasadach. Zamiast wysyłać serię zdjęć na komunikator, wolisz zapisać swoje wrażenia w formie dłuższej historii. Opisać, dlaczego konkretna ulica zrobiła na tobie takie wrażenie, co pomyślałeś, gdy usłyszałeś muzykę graną na rogu, jak zmieniło się twoje nastawienie, gdy pierwszy raz odważyłeś się zagadać do kogoś obcego. Tak rodzi się potrzeba stworzenia miejsca, w którym te refleksje znajdą swoje stałe miejsce – i właśnie wtedy wielu ludzi decyduje się, że to odpowiedni moment, by powstał ich osobisty blog podróżniczy będący nie tylko zbiorem wskazówek, ale przede wszystkim intymnym dziennikiem drogi. Samotna podróż nie wyklucza ludzi – wręcz przeciwnie, paradoksalnie otwiera bardziej na kontakt. Pozbawiony „bezpiecznej grupy”, zaczynasz chętniej zamieniać kilka słów z kimś, kto stoi obok ciebie w kolejce. Łatwiej siadasz przy barze zamiast przy stoliku. Częściej prosisz o radę w informacji turystycznej, zamiast polegać wyłącznie na internetowych recenzjach. Zdarza się, że jedno przypadkowe pytanie prowadzi do wspólnej kawy, a ta – do długiej rozmowy, po której inaczej patrzysz na miasto, w którym się znalazłeś. Nie wszystkie momenty są jednak proste. Czasem dopada cię samotność w najmniej spodziewanej chwili – na przykład, gdy oglądasz zachód słońca, który aż prosi się o to, by podzielić się nim z kimś bliskim. Stoisz z aparatem w ręku, wokół inni robią zdjęcia i śmieją się wspólnie, a ty przez moment czujesz ukłucie pustki. To właśnie wtedy musisz zdecydować, co z tym zrobisz. Czy pozwolisz, by ta chwila przyćmiła całą podróż, czy wykorzystasz ją jako pretekst do pogłębienia relacji z samym sobą – zrozumienia, skąd bierze się to uczucie i czego ci właściwie brakuje. Z biegiem czasu zaczynasz doceniać, jak bardzo taka forma podróżowania uczy elastyczności. Kiedy coś idzie nie tak – autobus nie przyjeżdża, hotel gubi rezerwację, pogoda psuje wszystkie plany – nie masz nikogo, kto „załatwi to za ciebie”. Musisz sam podjąć decyzję, jak zareagujesz. Możesz się złościć albo potraktować to jako kolejny element gry, w której porażki są wpisane w zasady. Zauważasz też, że często to właśnie nieplanowane sytuacje prowadzą cię do miejsc, do których w innym wypadku nigdy byś nie trafił. Po powrocie z samotnej podróży patrzysz na swoje życie z innej perspektywy. To, co wcześniej wydawało się nie do zmiany, nagle staje się kwestią wyboru. Relacje, praca, sposób spędzania wolnego czasu – wszystko możesz przeanalizować na nowo. Wiesz już, że potrafisz poradzić sobie sam, że umiesz zaplanować trasę, znaleźć nocleg, dogadać się w obcym języku. To poczucie sprawczości zostaje z tobą na długo i wraca za każdym razem, gdy znowu stoisz na dworcu czy lotnisku z biletem w jedną stronę. Samotna podróż okaże się wtedy nie epizodem, ale punktem zwrotnym, po którym inaczej definiujesz to, kim jesteś i czego naprawdę chcesz od świata.